.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą balsam do ust. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą balsam do ust. Pokaż wszystkie posty

Balsam do ust made in Biedronka. Czyli podrobiony EOS.

24 marca 2015

Hej ;* Znów mnie mało... Ale,ale Was za to coraz więcej ;) Witam baaardzo ciepło nowych obserwatorów. Cieszę się, że mimo mojej nieobecności Wy nadal przybywacie i chcecie ze mną tutaj być. Dajecie mi ogromną siłę do pisania i oczywiście motywujecie do działania. Jak tak dalej pójdzie, niedługo będzie Was już tutaj aż 500 ;) W ogóle przegapiłam w międzyczasie trzecie urodziny bloga... Tak, to już trzy lata jak tutaj jestem. I nie zamierzam się zwijać stąd, co to to nie. Jeszcze bardziej wręcz mam chęci do działania, bo widzę, że to ma sens. Ale gadanie gadaniem, a recenzja sama się nie napisze ;) Ostatnio dość było postów lifestylowych, więc pora na coś konkretnego.
Któregoś dnia będąc w Biedronce moim oczom ukazała się półeczka z mnóstwem kolorowych jajeczek. Od razu pomyślałam, że to może być EOS. Ale niestety okazała się to tylko imitacja osławionego balsamu. Niemniej jednak mocno przykuł moją uwagę właśnie ze względu na ten nietypowy kształt. Długo wahałam się nad wersją zapachową, ale w końcu mój wybór padł na pomarańczkę. A do wyboru była jeszcze: malina, truskawka, chyba jagoda, jabłuszko, banan i czekolada. Nie wiem czy o którymś nie zapomniałam. W każdym razie wybór był trudny... A czy trafiony?
Balsam, co od razu mi się spodobało, zamknięty był dodatkowo w szczelny kartonik. Tak więc nie musiałam się martwić o "macaczy drogeryjnych". Wiedziałam, że balsam jest nowiutki, nieotwierany i taki mój. Z tyłu, na kartoniku znajdowały się wszystkie niezbędne informacje. Po obfoceniu dorwałam się do wnętrza, czyli uroczego jajeczka. Pierwsze odkręcenie obyło się bez problemów. Następne jednak to była jazda bez trzymanki :D Albo musiałam się mocno natrudzić (a i tak nie zawsze efekt był pozytywny), albo od razu dawałam mojemu N. do odkręcenia. A, że nie zawsze był obok, balsam używałam sporadycznie. Nie byłam w stanie się z nim siłować... Chciało by się rzec, że cały czar prysł... Ale ja dalej starałam się w to brnąć i nie chciałam go tak łatwo skreślić. Chciałam zobaczyć czy działanie zrekompensuje jego wadę...
Ale niestety nie zrekompensował. Bańka pękała coraz bardziej, wraz z kolejnymi użyciami. Zapach jest dość fajny, pomarańczowy, ale lekko chemiczny. Mi się osobiście podoba. Natomiast gorzej jest ze smakiem. Chemiczny, dziwny, po prostu niesmaczny. Psuł całą radość z zapachu... No, ale może działanie ma najlepsze z tego wszystkiego? Otóż średnio... Balsam pozostawia po sobie delikatną warstewkę ochronną, która daje wrażenie delikatnego błyszczyka. Pasuje, jak najbardziej. Ale wpadł mi w czasie, gdy moje usta miały lekki kryzys i potrzebowały mocnego nawilżenia. I tutaj niestety balsam poległ... Nie radzi sobie z mocno wysuszonymi ustami. Ale już teraz, gdy są one w lepszym stanie, delikatnie je nawilża. Nie oczekiwałam od balsamu za 6 zł nie wiadomo czego, ale chociaż troszkę lepszego działania. W tej cenie można znaleźć naprawdę przyzwoite balsamy ochronne. Tutaj poza ciekawym efektem wizualnym nie mamy nic ciekawego. Rozczarowałam się delikatnie... Jeśli szukacie gadżetu, zdecydowanie lepiej zainwestować trochę więcej i kupić oryginalnego EOSa ;) Obecnie można go chyba jeszcze dostać w Biedronce, ale dosłownie ostatnie sztuki (choć u mnie już wszystkie wyszły ;P)

Macie tego a'la EOSa? Jak Wam się widzi?

Akademia Zmysłów L'occitane - Masło Shea.

21 października 2014

Hej :* Dziś przychodzę do Was z postem w którym mowa będzie aż o trzech kosmetykach. Już wszystko wyjaśniam. Miesiąc temu dołączyłam do Akademii Zmysłów L'occitane. Część z Was zapewne wie już o co w tym chodzi. Co miesiąc otrzymuję paczkę-niespodziankę z przewodnim składnikiem kosmetyków. W tym miesiącu jest to masło shea. Firma L'occitane od zawsze dobrze mi się jakoś kojarzyła, ale ze względu na dość spore ceny mogłam sobie tylko powzdychać do tych wszystkich dobroci... A tutaj taka okazja wypróbowania ;) Swój pierwszy box otrzymałam pod koniec września. Jako, że kolejny już jest w drodze, pomyślałam, że to czas na recenzję smakołyków z poprzedniej paczki. Pudełko na październik trafiło w mój gust prawie idealnie. Krem do rąk, balsam do ust i masło do ciała. Krem i balsam miałam w zamiarze kupić (ze względu na jesienną porę) a masło do ciała już niekoniecznie (mazideł u mnie dość, a ciężko mi idzie ich zużywanie..). Jednak wszystkie kosmetyki poszły w ruch. Ciekawi jesteście jak wypadły w moich oczach?
Odkryj zmysłową kolekcję o subtelnym zapachu linii Masło Shea L’OCCITANE. Dzięki wyjątkowo wysokiej zawartości masła shea krem jest równie bogaty i głęboko nawilżający, jak najsłynniejsze bestsellery L’OCCITANE, a jednocześnie jego puszysta i lekka jak bita śmietanka konsystencja zapewnia błyskawiczne wchłanianie. Trudno o przyjemniejszy sposób na nawilżenie skóry.
Zacznę od kremu do ciała, który początkowo wydał mi się zbędny i myślałam, że odłożę go na bok. Ale już samo opakowanie przykuło mocniej moją uwagę. Metalowe, srebrne z niebieskim akcentem. Cała seria mocno wpada w moje upodobania. Po odkręceniu ukazuje nam się zabezpieczenie w postaci sreberka. Jak już przedrzemy się przez nie, dostaniemy bardzo puszysty kremik. Wygląda on jak bita śmietana zamknięta w metalowej puszce. Konsystencja po rozsmarowaniu staje się lekka i dobrze się wchłania. Jeśli chodzi o nawilżenie, to u mnie ciężko o systematyczność, więc krem zużyłam do... stóp. O ile moja cera jest mieszana w kierunku tłustej, o tyle reszta ciała jest normalna. Dlatego nie potrzebuję mazideł do tych partii. Ale w okresie jesienno zimowym moje stopy potrzebują sporego nawilżenia. I tutaj masło sprawdziło się świetnie. Szybko się wchłania, nie pozostawia filmu i bardzo przyjemnie nawilża. Używam je zawsze na noc, po czym zakładam ciepłe skarpetki. Rano moje stopy są nawilżone i delikatne.  102zł/125 ml
Kolejny jest krem do rąk. Na początku ucieszyłam się z faktu, ze jest to opakowanie tylko 30ml. Jeśli tylko mogę, to staram się kupować miniaturki kremów do rąk ze względu iż bardzo szybko nudzi mi się zapach. Tutaj dostajemy też podobną szatę graficzną do kremu. Całość wygląda bardzo profesjonalnie i nie ukrywam, że ładnie. Zwraca na siebie uwagę zdecydowanie. Krem jest równie puszysty jak krem do ciała. Wystarczy niewielka ilość by posmarować dłonie. Również bardzo dobrze nawilża i przyjemnie pachnie. Coś jak standardowy krem Nivea. Dość szybko się wchłania pozostawiając nam gładkie dłonie. Jest to najlepszy krem, jaki do tej pory miałam. Nie muszę już tak często smarować dłoni, bo krem zapewnia nawilżenie na dość długo. Jednak minusem jest zdecydowanie cena, która moim zdaniem jest nieco zawyżona w stosunku do wydajności... 29,90zł/30ml
Ostatnim z kosmetyków jest limonkowy balsam do ust. O ile poprzednie dwa kosmetyki mi przypadły, o tyle tutaj jest nieco gorzej. Ale od początku. Balsam dostajemy w standardowej tubce z dziubkiem. Fajne, higieniczne rozwiązanie. Napisy się nie ścierają, nakrętka nie wyrabia. Zapach jest limonkowy, ale lekko chemiczny. Smak jest jakiś dziwny, nieprzyjemny. Na moich ustach balsam po rozsmarowaniu oddziela się nieestetyczną linią na środku warg. Nie mam pojęcia z czego to wynika, jednak jak posmaruję, chwilę odczekam i potem zbiorę go chusteczką, to usta są lekko nawilżone, ale nie jakoś spektakularnie. Na mało wymagających ustach może się sprawdzić, jednak na tych bardziej, niestety nie. 32zł/12ml

Pudełeczko okazało się całkiem przyjemne. Cieszy mnie fakt, że mogę poznać bliżej firmę oraz kosmetyki, na które sama bym sobie raczej nie pozwoliła :) Więcej kosmetyków oraz informacji znajdziecie na stronie L'Occitane. A Wam jak się widzi to pudełeczko?

Całuśne usta z Anatomicals?

15 marca 2014

Hej Misie ;*
Ostatnio nieco się opuszczam, ale to ze względu na studia oraz piękną pogodę :) Cudowna wiosna za oknem powoduje, że nie chce się siedzieć przed komputerem, tylko wyjść. Tak więc posty będą się pojawiały nie tak regularnie jak do tej pory. Semestr letni jest nieco krótszy, więc i trzeba się troszkę bardziej spiąć. Nie oznacza to, że całkiem o Was zapominam, o nie ;D Będę, tylko nie regularnie. Ale dziś nie o nieobecności, tylko o dość ciekawym balsamie, który wpadł do mnie na spotkaniu blogerek, miesiąc temu. Używałam go dość często i namiętnie, z tego względu, że moje usta potrzebowały mocnej regeneracji. A czy spisał się tak jak powinien? Zapraszam do dalszej części postu :)
Na początek genialny opis producenta <3
 
Twoje wargi są spierzchnięte, popękane i doprowadzają cię do szału? Pomoże Ci nasza terapia rodem z tubki.
Składniki balsamu sprawią, że Twoje usta znowu będą nawilżone, gładkie i całuśne! I to całuśne do tego stopnia, że będziesz musiała walczyć z pokusą obdarzenia każdej Bogu ducha winnej osoby soczystym buziakiem! Schronienia powinny szukać nawet bezzębne babcie i dziadkowie w kategorii wiekowej 80+!
Produkt Anatomicals to podstawowy krok w kierunku <strong>nawilżonych, gładkich ust. Dzięki zawartości takich składników jak wosk pszczeli, olejek z migdałów czy olej kokosowy utrzymuje Twoje usta w doskonałej kondycji każdego dnia. Świetnie sprawdza się zarówno przy niskich, jak i wysokich temperaturach zapewniając ochronę w każdej sytuacji.
Pojemność: 15 ml\
Balsam dostajemy w kartoniku, który ja oczywiście od razu po zrobieniu zdjęć wyrzuciłam... ^^ Enyłej, otwierając kartonik ukazuje nam się mocno dająca po oczach, czerwona tubka. Myślę sobie, tubka? Przecież pewnie balsam będzie się wylewał na prawo i lewo (przykre doświadczenia z Carmexem..) Ale szansę mu dałam, bo moje usta wołały o pomoc. I przyznam się szczerze, że teraz biję się w pierś, bo z tubki nic a nic się nie wylewa i całkiem przyjemnie się nią obsługuje. Sposób aplikacji też wywołał moje zdziwienie, gdyż tubka kończy się dziwnym 'dziubkiem', ale on również nie jest problematyczny. Wszystko bezproblemowo się nakłada. Napisy się nie ścierają, nic się nie niszczy, a balsam non stop jest ze mną w torebce ;)
A jak jest z działaniem? Przyznam się szczerze, że nieco się ucieszyłam gdy w ramach loterii wpadł do mnie na spotkaniu. Dałam mu szansę i odstawiłam na jego rzecz masełko z Nivei. Na szczęście mnie nie zawiódł, a wręcz wywołał zachwyt. Balsam jest bezzapachowy, choć po nałożeniu na usta czuć jakby lekki, dziwny smak. Nie utrzymuje się on jednak długo. Zostawia przezroczystą powłoczkę, która wygląda jak bezbarwny błyszczyk. Nawilża bardzo, bardzo dobrze. Moje usta jeszcze nie tak dawno potrzebowały mocnego kopa przez niską temperaturę. Balsam świetnie je nawilżył i uratował. Pokochałam je za działanie. Ale byłam ciekawa ja sprawdzi się w warunkach ekstremalnych. Mój N. miał mocno wysuszone usta ze względu na pracę. Posmarował raz grubszą warstwę na noc i co? Rano usta były w o niebo lepszym stanie. Do tego balsam jest bardzo wydajny. Ja bardzo polecam jeśli potrzebujecie mocnego nawilżacza i regeneracji.

Dostępność/Cena:
Klik / 8 zł

Miałyście? Polecacie jakieś ciekawe mazidło do ust? :)